Opowieść moja zabierze was w krainę i czasy, w których
nazwany byłbym bardem zamiast narratorem a wy zostalibyście nazwani po prostu
tanią bandą pijaków z karczmy. Może i w sumie różnicy nie ma, ale sęk w tym, że
rzecz ma miejsce dawno. Jeżeli oczywiście uświadomicie sobie, że na dodatek
istnieją tam zdarzenia, obiekty magiczne i nadprzyrodzone to być może dotrwacie
do końca w co szczerze śmiem wątpić. W miarę mojego wprowadzania was w tą
opowieść zrozumiecie dlaczego wątpię. Zacznijmy jednak od początku tej
katastrofy. W krainie tej nie nazwanej jeszcze żyje bohater. Żyje co całkowicie
wydaje mi się być rzeczą niedorzeczną biorąc pod uwagę jego... walory. Wracając
jednak do samej opowieści. Bohater ten widział rzeczy, które przekraczały
wszelkie wyobrażenie. Walczył ze stworami tak nieprawdopodobnymi, że nawet w
tak magicznym świecie wydawały się nierealne. Nie raz ryzykował swe życie dla
szczytnego celu. Swą chwałą i bezinteresownością przyćmiewał nawet paladynów z
najsurowszych zakonów.
W przód ruszał na pomoc najbiedniejszym.... jakiś dobry czas temu. Dziś już nikt o nim nie pamięta. Nieopisane horyzonty pięknych krain zamieniły się w dno kufla a wielki bojownik gdzieś przepadł. W ty samym momencie pojawił się ktoś inny. Krasnolud, który większość swego życia przebywa w karczmie. Dobra bójka daje czasem dobry zarobek. Tak oto właśnie ów krasnolud ma pieniądze na kolejne kufle. Poniewiera się tu i tam szukając guza chodź by podczas prostej bójki w karczmie, lub zaciągnięcia się do lokalnej straży w czasie kryzysu. Po jego sposobie bycia stwierdzić by można, że „Carpe Diem” – gdyby wiedział jeszcze co to znaczy – mógłoby służyć jako jego okrzyk bojowy. Nie trudno się domyśleć, że wielki bohater to on. Oczywiście obecnie na takiego nie wygląda. Resztki jedzenia poniewierające się w brodzie raczej nie ułatwiają identyfikacji – nie wspominając o smrodzie. Nieco spasłe cielsko krasnoluda dawało do zrozumienia co tak naprawdę lubi robić w życiu a jego ruda długa broda zapewne służyła jako przenośna jadłodajnia. Tak mniej więcej wyglądając pochłaniał kolejny kufel piwa. Siedząc przy ladzie spoglądał w składującą się na niej warstwę kurzu.
W przód ruszał na pomoc najbiedniejszym.... jakiś dobry czas temu. Dziś już nikt o nim nie pamięta. Nieopisane horyzonty pięknych krain zamieniły się w dno kufla a wielki bojownik gdzieś przepadł. W ty samym momencie pojawił się ktoś inny. Krasnolud, który większość swego życia przebywa w karczmie. Dobra bójka daje czasem dobry zarobek. Tak oto właśnie ów krasnolud ma pieniądze na kolejne kufle. Poniewiera się tu i tam szukając guza chodź by podczas prostej bójki w karczmie, lub zaciągnięcia się do lokalnej straży w czasie kryzysu. Po jego sposobie bycia stwierdzić by można, że „Carpe Diem” – gdyby wiedział jeszcze co to znaczy – mógłoby służyć jako jego okrzyk bojowy. Nie trudno się domyśleć, że wielki bohater to on. Oczywiście obecnie na takiego nie wygląda. Resztki jedzenia poniewierające się w brodzie raczej nie ułatwiają identyfikacji – nie wspominając o smrodzie. Nieco spasłe cielsko krasnoluda dawało do zrozumienia co tak naprawdę lubi robić w życiu a jego ruda długa broda zapewne służyła jako przenośna jadłodajnia. Tak mniej więcej wyglądając pochłaniał kolejny kufel piwa. Siedząc przy ladzie spoglądał w składującą się na niej warstwę kurzu.
- Grom! – Krzyknął barman, lecz bez wyraźnej odpowiedzi. –
Grom ty spity psie! – Krzyknął raz jeszcze prosto w ucho krasnoluda.
- Hę? Że co że ja że kto że po co? – Majaczył krasnolud
wyrwany z marzycielskiego bujania w obłokach i nieprzytomnymi oczami wpatrywał
się w barmana.
- Grom! Nędzny pijaku! – Mówił barman stawiając obok
krasnoluda kolejny kufel piwa. – Mam nadzieje, że tym razem zapłacisz jak
należy! – Powtórzył barman poczym oddalił się by obsłużyć resztę klientów. Grom
natomiast dopił kufel i zabrał się za następny. Siedział w jakiejś starej
karczmie. Okna były pozabijane deskami a barman kuśtykał na jednej nodze, gdyż
drugą stracił niby na wojnie a teraz ma drewnianą. W samej karczmie unosiła się
lekka mgiełka i dość niemiły zapach. Przy stołach przesiadywali głównie ubodzy
ludzie. Grom sięgnął ręku po swą sakwę. Odczepił ją i uniósł na wysokość lady.
Poczuł wtedy, że jest ona nieco lekka. Głupi krasnolud oczywiście został po
prostu obrabowany. Jak zwykle spity nie poczuł jak ktoś wycina mu dziurę w
sakwie. Spojrzał się jedynie na boki i zobaczył siedzącego obok siebie
wykwintnie ubranego młodzieńca. Grom szybko rozpoznał, że ów młodzieniec jest
elfem a z rozmowy wywnioskował, że mało rozgarniętym.
- Nie do wiary! Cóż za piękny lokal! Zaprawdę powiadam iż drobna inwestycja i trochę chęci i stałby się motylem pośród innych knajp tu w Brug. – Elf jednym słowem bredził.
- Nie do wiary! Cóż za piękny lokal! Zaprawdę powiadam iż drobna inwestycja i trochę chęci i stałby się motylem pośród innych knajp tu w Brug. – Elf jednym słowem bredził.
- Pieprzenie... elfy... naiwniak... – Mówił sobie pod nosem
Grom poczym biorąc swój sztylet odpiął zgrabny ruchem sakwę elfa. Ten natomiast
nie spostrzegł tego zabiegu. Hej! Ten głupi krasnolud właśnie Cię okrada! No
cóż... może posłuży mu to za jakąś naukę o siedzeniu obok spitego krasnoluda
bez pieniędzy. Grom zostawił zapłatę obok pustych kufli piwa poczym udał się do
wyjścia.
- Nie do wiary! Zostałem okradziony! Mój boże w tak zacnym
miejscu! – Wykrzyczał zdziwionym i nieco mało męskim głosem siedzący przy
ladzie elf.
- Nie do wiary... zauważył... – Zamruczał pod nosem
krasnolud spoglądając w stronę elfa. Patrząc tak zauważył wzrok barmana, który
wyglądał na takiego co dobrze wiedział co się stało. Barman natomiast siedział
cicho. Sam nie chciał nic mówić elfowi - w głębi chciałby sam go wykorzystać.
Grom
wyszedł z karczmy. Nocne portowe powietrze otuliło go tak, że zadrżał z zimna.
Krasnolud ruszył ulicą nie wiedząc w sumie gdzie iść. Spostrzegł nagle wozy
kupieckie stojące zaraz przed bramą miasta. Zaciekawiony podszedł nieco bliżej.
- Kupcy? W Brug? – Dziwił się krasnolud. Tu przyznać mu
muszę rację. Brug nie było raczej zbyt czystym i przyjaznym miejscem. Po kątach
kryli się złodzieje a po ulicach chadzali żebracy. Nic w tym nie byłoby
nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że to byli jedyni mieszkańcy Brug. Kupiec tu był
tylko jeden. Zdzierał ze wszystkich ile tylko mógł, lecz nie możliwe było, żeby
dorobił się ze czterech wozów. Dlatego też Grom był zdziwiony.
- Słuchaj jak nie chcesz to nie jedź. Nie mam zamiaru brać
ze sobą jakiegoś tchórza! Zapomnij też o wypłacie! – Mówiła jedna z osób
stojących przy wozach. Obok niej stała druga postać odziana w lekki pancerz.
Oboje z postury wyglądali na ludzi.
- A weź sobie swoje pieniądze! Nie ma mowy żebym jechał
przez ten przeklęty las! Jeszcze mi życie miłe! – Odpowiedziała postać.
- Ha! Boisz się byle zbójców! Co z Ciebie za ochroniarz?
- Taki co życie swe ceni! Zgodziłem się pilnować towaru
przed złodziejaszkami takimi jak tu w Brug, ale nie na walkę z grupą bandytów
znanych na cały Mardoh! – Odpowiedziała druga postać. Zapewne zadajcie sobie
pytanie „co to Mardoh?”. Otóż chodzi o region, w którym znajduje się Brug.
Mardoh, Tyns i Okland są trzema regionami zachodniego królestwa. Dawno temu istniało
bardzo silne królestwo ludzkie. Jednak polityka, wojny i inne głupoty
podzieliły to królestwo na cztery części: zachodnie królestwo, północne
królestwo, wschodnie królestwo i starą stolicę. W miarę rozwoju opowieści
wprowadzę was w więcej historycznych nowinek a tymczasem wróćmy do tematu.
- Zwyczajny z ciebie tchórz! Spadaj! Nie chcę Cię widzieć!
– W tym momencie zbrojna postać odchodzi. Grom raz jeszcze spojrzał na sakwę.
Wiedział, że z tego co na razie ma długo nie pożyje. Drapiąc się po głowie podszedł
do tego pierwszego gościa. Przyjrzał mu się. Był on postury przepracowanego
rolnika z garbem na plecach o nie małym jak na człowieka wieku. Ubrany był w
poplamioną szatę kupiecką. Rzucił na krasnala wzrok mówiący „na co się gapisz
worku łajna?” poczym przemówił.
- Na co się gapisz worku łajna? – Grom podniósł swą lewą
rękę i powąchał zapach swej pachy poczym ze spokojną miną godną wielkiego
filozofa odparł.
- Widać to nie do mnie... jeszcze tak źle nie ma. No cóż...
przechodząc do sedna zauważyłem, że ma Pan problem z pracownikami, więc mówiąc
krótko.... płać pan za żarło to pojadę z panem.
- Ty? – Przeciągnął nieco kupiec poczym roześmiał się
szyderczo. – Chyba sobie żartujesz tak? Na co mi taki spity krasnolud?
- A może chcesz zatrudnić kogoś bardziej rozgarniętego jak
na przykład... – W tym momencie Grom wskazał palcem leżącego pod wejściem do
karczmy żebraka. – Go... na pewno nie jest pijany o to się nie martw. Na tyle
mu nie płacą. – Kupiec znów się zaśmiał i ignorując krasnoluda zasiadł na swój
powóz z zamiarem ruszenia dalej. Machnięcie lejcami jednak powstrzymał dźwięk
brzęczącej sakiewki lądującej na desce powozu. Kupiec zerknął najpierw na sakwę
a potem na krasnala.
- No i na co mi to?
- Za transport. Zabierzesz mnie stąd za to co mam w sakwie
plus za ochronę wozu.
- Co Ci tak zależy? – Spytał ze zdziwieniem kupiec.
- Ten żebrak się chyba zakochał. Nie mam ochoty na romanse.
– Mówił krasnolud mozolnie wdrapując się na tył powozu.
- Hola! Nie zgodzi....
- Zamknij ryj i jedź! – Odparł szybko krasnolud rozsiadając
się na desce. Kupiec zważył tylko okiem sakwę poczym schował ją sobie. Cztery
powozy ruszyły. Grom starając się przespać wiercił się na desce. Racja racją...
nikt w Brug nie da mu pracy...
Podróż
dłużyła się krasnoludowi niemiłosiernie. Grzebanie brudu między paznokciami
przerwał mu głos kupca.
- Panie krasnal! Pan to tu tak w ramach „przewozu po
okazyjnej cenie”! Nie drażnij mojego żołądka więc! – Rzekł nieco zniesmaczonym
tonem. Grom jednak nie raczył nic odpowiedzieć. Po chwili jednak wzrok jego
przesunął się na jadący za nimi wóz a na nim ujrzał skarb nad skarbami. Święty
Graal wszelkiej istoty – a dokładniej piwoszy.
- E! Szefie! Ja tak przesiadkę na tamten wóz zrobię! Cza by
sprawdzić, czy podróż towaru nie psuje! – Rzekł krasnolud przesuwając się pod
brzeg wozu.
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj! – Krzyczał kupiec. – Se
piwo w burdelu pij! Mojego towaru ruchać nie będziesz! – Dodał. Krasnal wrócił
na swe miejsce i z utęsknieniem spojrzał się na kołyszące się beczułki piwa
myśląc – Ale… ja jestem trzeźwy!
Mijały kolejne godziny a Grom nie umiał znaleźć sobie
miejsca na wozie. Co by nie było albo go uwierało, albo gniotło a i twardo
było.
- Te! Twardo tutej! Tam słoma jest! Przesiądę się! –
Powiedział Grom przesuwając się ku brzegu wozu.
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj! – Krzyczał kupiec. – Se
dupe płaszcz w burdelu! Tania cena - tani przewóz! Słomy nie bydzie! – Dodał.
Krasnalowi żyły na szyi zarysowały się ostrzej a kawałek kurczaka zadrżał na
brodzie gniewem. Po kolejnych godzinach krasnal znów się odezwał przy okazji
zbliżając się do brzegu wozu.
- Te! Srać mi trzeba! Stań na chwile!
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj!- Krzyczał kupiec. – Se
sraj w burdelu! Tania cena – tani przewóz! Nie ma postojów! – Dodał. Gniew
krasnala był nieopisany, lecz ugryzł się w język. Piechotą iść nie będzie.
Zwarł zwieracz i zawarł zawartość w zawartej czeluści. Po dalszej i dłuższej
podróży powóz naglę stanął a zaraz potem trzy jadące za nim. Kupiec zeskoczył z
wozu i począł się zbliżać do leżącego na środku ścieżki ciała. Grom również
zeskoczył z wozu i poszedł za kupcem.
- Cholerny, spleśniały zwalony powóz... Nawet nie można
było się rozsiąść... I jeszcze ten knypek.... „przewóz za okazyjną cenę”... Ja
mu zaraz pokażę tą okazyjną cenę! O tak! Ale... najpierw to ja bym się napił...
Te piwo... jak można tak marnować piwo? – Mruczał sobie pod nosem człeptając za
kupcem. Mergen spojrzał przy okazji na swoją brodę... – O kurczak! – Pomyślał.
– Nie wiedziałem, że został jeszcze kawałek! Chwilę kiedy to ja go jadłem...
jeden... dwa.... eee... nieważne. – Pominę dalszy opis ponieważ moim zdaniem
nie jest on zbyt smaczny.
- Ta... teraz trza będzie go zabrać i zboczyć z trasy...
ktoś go ładnie urządził... – Mówił kupiec pochylając się nad tym owym
kształtem. Grom szybko zidentyfikował to owe coś jako leżącego na ziemi
zbrojnego rycerza, który zapewne nie miał zbyt przyjaznego spotkania. Podeszli
też chłopi jadący pozostałymi wozami. Wszyscy brudni i śmierdzący a ku
zgorszeniu i zazdrości Groma jeden zalatywał wódką. W tym samym momencie z
ciemności nocy wyłonili się jeźdźcy jadący naprzeciw karawanie. Krasnal obszedł
na około rycerzyka i odczepił zawieszony na swych plecach pordzewiały topór.
Obrócił się w stronę jeźdźców i splunął w bok trafiając w but rycerza.
- Dam głowę, że te skurwysyny nie są przyjaźnie
nastawieni! – Powiedział Grom poczym złapał mocniej swój topór. Jeźdźcy poczęli
okrążać karawanę
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz