piątek, 24 lutego 2012

fgdfhds


Opowieść moja zabierze was w krainę i czasy, w których nazwany byłbym bardem zamiast narratorem a wy zostalibyście nazwani po prostu tanią bandą pijaków z karczmy. Może i w sumie różnicy nie ma, ale sęk w tym, że rzecz ma miejsce dawno. Jeżeli oczywiście uświadomicie sobie, że na dodatek istnieją tam zdarzenia, obiekty magiczne i nadprzyrodzone to być może dotrwacie do końca w co szczerze śmiem wątpić. W miarę mojego wprowadzania was w tą opowieść zrozumiecie dlaczego wątpię. Zacznijmy jednak od początku tej katastrofy. W krainie tej nie nazwanej jeszcze żyje bohater. Żyje co całkowicie wydaje mi się być rzeczą niedorzeczną biorąc pod uwagę jego... walory. Wracając jednak do samej opowieści. Bohater ten widział rzeczy, które przekraczały wszelkie wyobrażenie. Walczył ze stworami tak nieprawdopodobnymi, że nawet w tak magicznym świecie wydawały się nierealne. Nie raz ryzykował swe życie dla szczytnego celu. Swą chwałą i bezinteresownością przyćmiewał nawet paladynów z najsurowszych zakonów.
W przód ruszał na pomoc najbiedniejszym.... jakiś dobry czas temu. Dziś już nikt o nim nie pamięta. Nieopisane horyzonty pięknych krain zamieniły się w dno kufla a wielki bojownik gdzieś przepadł. W ty samym momencie pojawił się ktoś inny. Krasnolud, który większość swego życia przebywa w karczmie. Dobra bójka daje czasem dobry zarobek. Tak oto właśnie ów krasnolud ma pieniądze na kolejne kufle. Poniewiera się tu i tam szukając guza chodź by podczas prostej bójki w karczmie, lub zaciągnięcia się do lokalnej straży w czasie kryzysu. Po jego sposobie bycia stwierdzić by można, że „Carpe Diem” – gdyby wiedział jeszcze co to znaczy – mógłoby służyć jako jego okrzyk bojowy. Nie trudno się domyśleć, że wielki bohater to on. Oczywiście obecnie na takiego nie wygląda. Resztki jedzenia poniewierające się w brodzie raczej nie ułatwiają identyfikacji – nie wspominając o smrodzie. Nieco spasłe cielsko krasnoluda dawało do zrozumienia co tak naprawdę lubi robić w życiu a jego ruda długa broda zapewne służyła jako przenośna jadłodajnia. Tak mniej więcej wyglądając pochłaniał kolejny kufel piwa. Siedząc przy ladzie spoglądał w składującą się na niej warstwę kurzu.
- Grom! – Krzyknął barman, lecz bez wyraźnej odpowiedzi. – Grom ty spity psie! – Krzyknął raz jeszcze prosto w ucho krasnoluda.
- Hę? Że co że ja że kto że po co? – Majaczył krasnolud wyrwany z marzycielskiego bujania w obłokach i nieprzytomnymi oczami wpatrywał się w barmana.
- Grom! Nędzny pijaku! – Mówił barman stawiając obok krasnoluda kolejny kufel piwa. – Mam nadzieje, że tym razem zapłacisz jak należy! – Powtórzył barman poczym oddalił się by obsłużyć resztę klientów. Grom natomiast dopił kufel i zabrał się za następny. Siedział w jakiejś starej karczmie. Okna były pozabijane deskami a barman kuśtykał na jednej nodze, gdyż drugą stracił niby na wojnie a teraz ma drewnianą. W samej karczmie unosiła się lekka mgiełka i dość niemiły zapach. Przy stołach przesiadywali głównie ubodzy ludzie. Grom sięgnął ręku po swą sakwę. Odczepił ją i uniósł na wysokość lady. Poczuł wtedy, że jest ona nieco lekka. Głupi krasnolud oczywiście został po prostu obrabowany. Jak zwykle spity nie poczuł jak ktoś wycina mu dziurę w sakwie. Spojrzał się jedynie na boki i zobaczył siedzącego obok siebie wykwintnie ubranego młodzieńca. Grom szybko rozpoznał, że ów młodzieniec jest elfem a z rozmowy wywnioskował, że mało rozgarniętym.
- Nie do wiary! Cóż za piękny lokal! Zaprawdę powiadam iż drobna inwestycja i trochę chęci i stałby się motylem pośród innych knajp tu w Brug. – Elf jednym słowem bredził.
- Pieprzenie... elfy... naiwniak... – Mówił sobie pod nosem Grom poczym biorąc swój sztylet odpiął zgrabny ruchem sakwę elfa. Ten natomiast nie spostrzegł tego zabiegu. Hej! Ten głupi krasnolud właśnie Cię okrada! No cóż... może posłuży mu to za jakąś naukę o siedzeniu obok spitego krasnoluda bez pieniędzy. Grom zostawił zapłatę obok pustych kufli piwa poczym udał się do wyjścia.
- Nie do wiary! Zostałem okradziony! Mój boże w tak zacnym miejscu! – Wykrzyczał zdziwionym i nieco mało męskim głosem siedzący przy ladzie elf.
- Nie do wiary... zauważył... – Zamruczał pod nosem krasnolud spoglądając w stronę elfa. Patrząc tak zauważył wzrok barmana, który wyglądał na takiego co dobrze wiedział co się stało. Barman natomiast siedział cicho. Sam nie chciał nic mówić elfowi - w głębi chciałby sam go wykorzystać.

            Grom wyszedł z karczmy. Nocne portowe powietrze otuliło go tak, że zadrżał z zimna. Krasnolud ruszył ulicą nie wiedząc w sumie gdzie iść. Spostrzegł nagle wozy kupieckie stojące zaraz przed bramą miasta. Zaciekawiony podszedł nieco bliżej.
- Kupcy? W Brug? – Dziwił się krasnolud. Tu przyznać mu muszę rację. Brug nie było raczej zbyt czystym i przyjaznym miejscem. Po kątach kryli się złodzieje a po ulicach chadzali żebracy. Nic w tym nie byłoby nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że to byli jedyni mieszkańcy Brug. Kupiec tu był tylko jeden. Zdzierał ze wszystkich ile tylko mógł, lecz nie możliwe było, żeby dorobił się ze czterech wozów. Dlatego też Grom był zdziwiony.
- Słuchaj jak nie chcesz to nie jedź. Nie mam zamiaru brać ze sobą jakiegoś tchórza! Zapomnij też o wypłacie! – Mówiła jedna z osób stojących przy wozach. Obok niej stała druga postać odziana w lekki pancerz. Oboje z postury wyglądali na ludzi.
- A weź sobie swoje pieniądze! Nie ma mowy żebym jechał przez ten przeklęty las! Jeszcze mi życie miłe! – Odpowiedziała postać.
- Ha! Boisz się byle zbójców! Co z Ciebie za ochroniarz?
- Taki co życie swe ceni! Zgodziłem się pilnować towaru przed złodziejaszkami takimi jak tu w Brug, ale nie na walkę z grupą bandytów znanych na cały Mardoh! – Odpowiedziała druga postać. Zapewne zadajcie sobie pytanie „co to Mardoh?”. Otóż chodzi o region, w którym znajduje się Brug. Mardoh, Tyns i Okland są trzema regionami zachodniego królestwa. Dawno temu istniało bardzo silne królestwo ludzkie. Jednak polityka, wojny i inne głupoty podzieliły to królestwo na cztery części: zachodnie królestwo, północne królestwo, wschodnie królestwo i starą stolicę. W miarę rozwoju opowieści wprowadzę was w więcej historycznych nowinek a tymczasem wróćmy do tematu.
- Zwyczajny z ciebie tchórz! Spadaj! Nie chcę Cię widzieć! – W tym momencie zbrojna postać odchodzi. Grom raz jeszcze spojrzał na sakwę. Wiedział, że z tego co na razie ma długo nie pożyje. Drapiąc się po głowie podszedł do tego pierwszego gościa. Przyjrzał mu się. Był on postury przepracowanego rolnika z garbem na plecach o nie małym jak na człowieka wieku. Ubrany był w poplamioną szatę kupiecką. Rzucił na krasnala wzrok mówiący „na co się gapisz worku łajna?” poczym przemówił.
- Na co się gapisz worku łajna? – Grom podniósł swą lewą rękę i powąchał zapach swej pachy poczym ze spokojną miną godną wielkiego filozofa odparł.
- Widać to nie do mnie... jeszcze tak źle nie ma. No cóż... przechodząc do sedna zauważyłem, że ma Pan problem z pracownikami, więc mówiąc krótko.... płać pan za żarło to pojadę z panem.
- Ty? – Przeciągnął nieco kupiec poczym roześmiał się szyderczo. – Chyba sobie żartujesz tak? Na co mi taki spity krasnolud?
- A może chcesz zatrudnić kogoś bardziej rozgarniętego jak na przykład... – W tym momencie Grom wskazał palcem leżącego pod wejściem do karczmy żebraka. – Go... na pewno nie jest pijany o to się nie martw. Na tyle mu nie płacą. – Kupiec znów się zaśmiał i ignorując krasnoluda zasiadł na swój powóz z zamiarem ruszenia dalej. Machnięcie lejcami jednak powstrzymał dźwięk brzęczącej sakiewki lądującej na desce powozu. Kupiec zerknął najpierw na sakwę a potem na krasnala.
- No i na co mi to?
- Za transport. Zabierzesz mnie stąd za to co mam w sakwie plus za ochronę wozu.
- Co Ci tak zależy? – Spytał ze zdziwieniem kupiec.
- Ten żebrak się chyba zakochał. Nie mam ochoty na romanse. – Mówił krasnolud mozolnie wdrapując się na tył powozu.
- Hola! Nie zgodzi....
- Zamknij ryj i jedź! – Odparł szybko krasnolud rozsiadając się na desce. Kupiec zważył tylko okiem sakwę poczym schował ją sobie. Cztery powozy ruszyły. Grom starając się przespać wiercił się na desce. Racja racją... nikt w Brug nie da mu pracy...

            Podróż dłużyła się krasnoludowi niemiłosiernie. Grzebanie brudu między paznokciami przerwał mu głos kupca.
- Panie krasnal! Pan to tu tak w ramach „przewozu po okazyjnej cenie”! Nie drażnij mojego żołądka więc! – Rzekł nieco zniesmaczonym tonem. Grom jednak nie raczył nic odpowiedzieć. Po chwili jednak wzrok jego przesunął się na jadący za nimi wóz a na nim ujrzał skarb nad skarbami. Święty Graal wszelkiej istoty – a dokładniej piwoszy.
- E! Szefie! Ja tak przesiadkę na tamten wóz zrobię! Cza by sprawdzić, czy podróż towaru nie psuje! – Rzekł krasnolud przesuwając się pod brzeg wozu.
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj! – Krzyczał kupiec. – Se piwo w burdelu pij! Mojego towaru ruchać nie będziesz! – Dodał. Krasnal wrócił na swe miejsce i z utęsknieniem spojrzał się na kołyszące się beczułki piwa myśląc – Ale… ja jestem trzeźwy!
Mijały kolejne godziny a Grom nie umiał znaleźć sobie miejsca na wozie. Co by nie było albo go uwierało, albo gniotło a i twardo było.
- Te! Twardo tutej! Tam słoma jest! Przesiądę się! – Powiedział Grom przesuwając się ku brzegu wozu.
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj! – Krzyczał kupiec. – Se dupe płaszcz w burdelu! Tania cena - tani przewóz! Słomy nie bydzie! – Dodał. Krasnalowi żyły na szyi zarysowały się ostrzej a kawałek kurczaka zadrżał na brodzie gniewem. Po kolejnych godzinach krasnal znów się odezwał przy okazji zbliżając się do brzegu wozu.
- Te! Srać mi trzeba! Stań na chwile!
- Wraaacccaaaj! Wraaaacccaaajjj!- Krzyczał kupiec. – Se sraj w burdelu! Tania cena – tani przewóz! Nie ma postojów! – Dodał. Gniew krasnala był nieopisany, lecz ugryzł się w język. Piechotą iść nie będzie. Zwarł zwieracz i zawarł zawartość w zawartej czeluści. Po dalszej i dłuższej podróży powóz naglę stanął a zaraz potem trzy jadące za nim. Kupiec zeskoczył z wozu i począł się zbliżać do leżącego na środku ścieżki ciała. Grom również zeskoczył z wozu i poszedł za kupcem.
- Cholerny, spleśniały zwalony powóz... Nawet nie można było się rozsiąść... I jeszcze ten knypek.... „przewóz za okazyjną cenę”... Ja mu zaraz pokażę tą okazyjną cenę! O tak! Ale... najpierw to ja bym się napił... Te piwo... jak można tak marnować piwo? – Mruczał sobie pod nosem człeptając za kupcem. Mergen spojrzał przy okazji na swoją brodę... – O kurczak! – Pomyślał. – Nie wiedziałem, że został jeszcze kawałek! Chwilę kiedy to ja go jadłem... jeden... dwa.... eee... nieważne. – Pominę dalszy opis ponieważ moim zdaniem nie jest on zbyt smaczny.
- Ta... teraz trza będzie go zabrać i zboczyć z trasy... ktoś go ładnie urządził... – Mówił kupiec pochylając się nad tym owym kształtem. Grom szybko zidentyfikował to owe coś jako leżącego na ziemi zbrojnego rycerza, który zapewne nie miał zbyt przyjaznego spotkania. Podeszli też chłopi jadący pozostałymi wozami. Wszyscy brudni i śmierdzący a ku zgorszeniu i zazdrości Groma jeden zalatywał wódką. W tym samym momencie z ciemności nocy wyłonili się jeźdźcy jadący naprzeciw karawanie. Krasnal obszedł na około rycerzyka i odczepił zawieszony na swych plecach pordzewiały topór. Obrócił się w stronę jeźdźców i splunął w bok trafiając w but rycerza.
- Dam głowę, że te skurwysyny nie są przyjaźnie nastawieni! – Powiedział Grom poczym złapał mocniej swój topór. Jeźdźcy poczęli okrążać karawanę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz